Spis:
Żyjemy
Żyjemy.. coraz bardziej
Czarna strona mocy
Lądowanie w Andach
Temat rzeka
Polska - Wenezuela 0:2
Frog investigators
Andy
Zatem.. Do dżungli!
Playa
Jungle Boogie
Ups.. they did it again
Jungle Boogie CD
Finito
Chyba nas tu polubili
Znowu w dżungli
Adicora
Rezerwat biologiczny, półwysep Paraguana
Nasz polski wkład w tamtą kulturę
W Wenezueli mało kto dba o zwierzęta
Rozrabiamy w Andach
Już po krzyku- Emanuel opowiada o cudownym ocaleniu Swata
Bobby -strażnik i obrońca Indian
Mężczyźni piją...
...a kobiety gotują
Trasa transandyjska
Mamy łuki!
Matka z córką
Santa Fe
Park Narodowy Canaima
Burza
Stawia British Airways...

 

 




Przedsłowie
Niniejsza relacja składa się w zasadzie z kolejnych listów jakie słałem z Wenezueli do tych spośród moich znajomych, którzy otworzyli swoje skrzynki na mierzone w setkach kilobajtów potoki mojej grafomanii. Późniejsza korekta polegała w zasadzie na usunięciu bardziej pikantnych aluzji, poprawieniu nieskończonej ilości błędów ortograficznych oraz dodaniu kilku nazw geograficznych. Z góry chciałbym przeprosić za łamaną angielszczyznę jaką się miejscami posiłkuję. Czasami po prostu był to jedyny sposób na oddanie panującej atmosfery.

Sobota, Październik 18, 2003
Żyjemy
Jak już wspomniałem, żyjemy i mamy się dobrze. Obecnie przebywamy na wybrzeżu w wiosce o nazwie Adicora. A oto jak się tu znaleźliśmy: Po wyjściu z samolotu i zdaniu egzaminu na czarny pas w cinkciarstwie udaliśmy się wprost do hotelu w Caracas. Lokum okazało się o wiele tańsze niż zakładaliśmy, w telewizji leciało na wszystkich kanałach przemówienie Cherveza, w którym wysławiał Bolivara i Wenezuele, więc postanowiliśmy trochę kasy przepić na mieście. Następnego dnia wsiedliśmy w taksę i skoczyliśmy 700 km na zachód i oto jesteśmy.

Doznałem tylu nowych wrażeń, ze szczerze mówiąc nie wiem zupełnie od czego zacząć! Może zacznę od wody - od tego ponoć się wszystko zaczęło.. Woda ma tu temperaturę 30 stopni jak nic. Poza wanną i wodami łnowymi nie dane mi nigdy było moczyć się w czymś równie ciepłym. Z tej cieplej wody spieprzają nawet kraby i ganiają więczorami po ulicach. Chciałem namówić El Momo, żeby wcisnął takiemu jednemu palucha w szczypce, ale chłopak podszedł z niechęcią do mojego pomysłu.
Dobra, kończę.. wybaczcie. Chłopaki ciągną mnie na browar. Przepraszam, ze pisze tak chaotycznie, ale flamingi mi skrzeczą nad głowa.Powrót na górę
Senior Jabol.

Poniedziałek, 20 Październik, 2003
Żyjemy.. coraz bardziej
No dobra, burasy teraz napisze Wam nieco więcej. Luz. Luz absolutny. Luzik w najczystszej postaci. Wenezuela definiuje to słowo w nieskończenie idealny sposób. Każdy tutaj jest wyluzowany bardziej niż najbardziej rzadki budyń.. Ludzie zagadują wszystkich na około, wszędzie słychać muzykę, cizie tańczą na ulicach. Po dwóch dniach spędzonych w Adicorze znaliśmy polowe miasteczka. Z każdym przybijaliśmy pionę i chociaż nie kumamy absolutnie nic po hiszpańsku, nawiązaliśmy mnóstwo znajomości.

Wczoraj na przykład wybraliśmy się do jakiegoś kaktusowego rezerwatu, poganialiśmy po krzaczorach i wróciliśmy do zadupia, na umówione z taksiarzem miejsce. Facet pewnie zalał pałę i nie przyjechał. Nie czekaliśmy 5 minut, a pojawił się rozklekotany cadilac z jakąś rodzinka w środku. Wzięli nas na paczkę trzeźwych, a wyrzucili pijanych.. Generalnie wszyscy chleją głownie whisky. W tym cadilacu waliła cala rodzina z kierowca włącznie.

Warto zatrzymać się na momencik przy temacie motoryzacja. Generalnie na drogach można spotkać dwa rodzaje bryczek- Pierwszy to wypasione pickupy i terenowy, drugi to 40-letnie amerykańskie fury o maskach większych niż 4 cieniasy ustawione w rzędzie. Bryki te są kompletnie rozpieprzone, pozbawione świateł podobnie jak ich kierowcy Chrystusa w sercu. Każdy ma na ulicy pierwszeństwo, a klaksony ustawione są w pozycji 'praca ciągła'. Nie wiem czy ich odmiana hiszpańskiego zawiera w sobie taki zwrot jak ograniczenie prędkości. Wynika ono raczej z możliwości samochodów, a nie są one małe. Kwestia przednich świateł także pozostawia kierowcy wielkie pole do popisu. Widziałem je w następujących kolorach: czerwony, zielony, niebieski, fioletowy. Ich blask zbladł jednak, gdy ujrzałem furę z lampami stroboskopowymi z przodu.

Policja jest tak samo luźna jak reszta społeczeństwa. Raz od nas wzięli paszporty, popodziwiali wizy swata do Wietnamu i Kambodży, szybko zerknęli na moje wizy do Czech i Rumunii, oddali nam paszporty i zapytali się, czy nie kupilibyśmy od nich lodów...

Tak więc siedzimy sobie teraz w Coro. Cieple i błękitne morze, zimne piwo (znaleźliśmy wypożyczalnię przenośnych lodówek - Swat się z nią nie rozstawał), długie noce spędzone w wodzie i zagrożenie ze strony spadających kokosów mamy już za sobą.. Nasz instynkt nas nie zawiódł. Na koniec okazało się, ze półwysep Peninsula de Paraguana jest strefa wolnocłową. Cały czas chlaliśmy nieopodatkowany alkohol, nawet o tym nie wiedząc. To się nazywa mistrzostwo, nie :-) ?? Kupiliśmy sobie koszulki z napisem Wenezuela i kolorowymi rybkami. Na plecach zamówiliśmy napis "jabol pan". „Pan” to po hiszpańsku ”chleb”, tak więc zawsze możemy tłumaczyć, że ten napis oznacza „chleb powszedni”. To taki nasz mały wkład w ich kulturę, nasz polski akcent. Chodzimy w nich dumni.

Przed nami Sierra De San Luis, przedsionek Andów. Dalej planujemy ruszyć do Meridy, czyli w samo serce gór. Zachęceni otwartością ludzi, planujemy jechać na stopa. Zobaczymy co z tego wyniknie...Powrót na górę
Los Bartos de Madafaka

Wtorek, 21 Październik, 2003
Czarna strona mocy
No dobra, to teraz trochę ponarzekam. Pisał o tym już sam mistrz Seb (Więcej o tym zacnym i nieustraszonym mężu możecie poczytać na stronie: http://slopiens.home.cern.ch/slopiens/), ale chętnie to podkreślę, że Wenezuelczycy to niesamowici śmieciarze. Chyba jedynie sam Przemek (mój brat) mógłby próbować z nimi konkurować. Śmieci walają się wszędzie, nawet na niektórych odcinkach plaży. Robi to dość przykre wrażenie, tak przykre że aż nie chce mi się robić z tego jaj. Kolejną smutną rzeczą jest ich podejście do zwierząt, w szczególności psów. Widać wieść o tym, ze psy należy karmić jeszcze do nich nie dotarła. Poza tym potrafią oni wozić zwierzaki w zamkniętych bagażnikach, co na tym upale graniczy z morderstwem. Cyknąłem jedna przerażającą fotę, sami zobaczycie. A teraz o moich małych smuteczkach. Upal mnie masakruje. W Coro mimo, ze są chmury potrafi być ponad 40 stopni. W nocy temperatura spada może do 30. Śpimy w samych slipach bez żadnego pryk rycia przez co jesteśmy niezłą zakąską dla przeróżnej maści insektów. Poza tym ja jako jedyny nie przestawiłem się jeszcze na tutejsza strefę czasowa i nadal budzę się koło 4-5 rano. Dziś wpadłem na pomysł, ze zwalczę to pijąc do rana :-) No dobra, dość tych smutków! Zwierzaki tez nie są takie dobre! Wczoraj na przykład gdy siedzieliśmy w knajpie małpa zlała się nam na stół. Głaskaliśmy ja, poiliśmy kawa, Swat nawet chciał odstąpić łyka piwa. I co? Zlała się na obrus... Pytanie czy to aby na pewno był mocz pozostawiam bez odpowiedzi... Zaraz spadamy na południe w niezłe zadupie, także odezwę się pewnie za jakiś czas z Meridy.
Uff jak goraco!!! Powrót na górę
Tony Kalik

Poniedziałek, Październik 27, 2003
Lądowanie w Andach
Tak więc przemknęliśmy się niepostrzeżenie do parku narodowego Sierra Nevada. Po drodze zaliczyliśmy 'rozgrzewkę' w Meridzie, ale o tym następnym razem. Wyskoczyliśmy z autobusu na wysokości 3300 mnpm, więc nasze pierwotne założenie by podczas wspinaczki nie przekraczać 3800 z miejsca wzięło w łeb. Posnuliśmy się dwa dni krążąc w okolicy 4000 m, przygotowując płucka i ćwicząc mięsnie zwieraczy. Fachowcy nazywają to aklimatyzacją.

Trzeciego dnia przybiliśmy pionę i ruszyliśmy z bazy na 3500 w gore na spotkanie 'złego'. Nazwaliśmy nasza gore roboczo 'zły', gdyż za cholerę nie byliśmy w stanie zapamiętać, ani wymówić jej nazwy. Zły okazał się faktycznie nienajlepszy. Była to z cala pewnością najbardziej stroma góra na jaka udało mi się wdrapać. Czułem się momentami jak Spider Man na gzymsie. Nawet mordę z wycieńczenia i braku tlenu miałem czerwona. Ale udało się! 4678 metrów mieliśmy pod sobą. Zły oczywiście pozbawił nas na koniec możliwości oglądania widoków ze szczytu. Godzinę przed naszym wejściem zasnuł się mgłą.

Teraz siedzimy w Meridzie, zaraz idziemy na browar. Jutro z samego rana jedziemy na dwudniowy rafting, więc jeśli wrócę w całości to się odezwę. Całuski, urwisy! Powrót na górę
Bartek.

Środa, Październik 29, 2003
Temat rzeka
Rafting... Absolutna moc, adrenalina w czystej postaci.. Nie obraźcie się dziewczęta, ale to była jedna z najfajniejszych rzeczy jakie przeżyłem. Jeśli kiedykolwiek opowiadając o naszym spływie rok temu w Karelii użyłem słowa 'rafting', to teraz wycofuje się z tego wszystkimi czterema nogami...

Ale zacznijmy od początku. Aby zrealizować nasz rafting musieliśmy udać się do jednego z tysiąca biur trekkingowych w Meridzie. Wybór wbrew pozorom nie był jednak zbyt duży, gdyż jak się okazało cześć agencji wycofało się z tej atrakcji z uwagi na dość obfite opady i wysoki poziom wód w rzekach. Podobno było już kilka wypadków i nie chcieli ryzykować. Ta wiadomość tylko nas podkręciła. W końcu znaleźliśmy kolesi, którzy zdecydowali się wziąć trzech amatorów do swojej balii.

Po pięciu godzinach jazdy Land Cruserem po górskich serpentynach wylądowaliśmy po drogiej stronie pasma Andów w jakimś kompletnym zadupiu. Tu właśnie ci goście mieli swoja bazę. Dali nam papu (dobrze, ze się ograniczałem) i myk do rzeczki... Pierwszy dzień to było zaledwie 4 kilometry. 4 kilometry ostrej jazdy. Oczywiście wypadłem za burtę jako pierwszy, zaczęło mnie lekko wciągać, ale wyszedłem z tego cało. Nawet uratowałm wiosło! W sekundę znalazłem się 50 metrów od pontonu, lina spadla za daleko. Dobrze, ze przećwiczyłem zwieracze w górach :-)

Prawdziwa jazda zaczęła się następnego dnia, kiedy to mieliśmy do pokonania 12 km. Normalnie tą trasę robi się w 4h, ale my dzięki poziomowi wody przelecieliśmy w 2,5. Nie jestem takim mocarzem, żeby nawet próbować Wam opisywać w pełni tę jazdę. Wyobraźcie sobie ponton zapieprzający po progach mających czasami 2metry wysokości. Kiedy się takie progi nałożą na siebie wychodzi z tego całkiem niezłą wysokosc. Fale zalewają pokład i wrzeszczących na nim amatorów, adrenalina szumi w żyłach..

Zabawa skończyła się 10 minut przed końcem spływu, kiedy to Swat po raz trzeci wpadł do wody. Generalnie zasada jest taka, ze jak koleś wypadnie z łajby, to jeden go ratuje a reszta robi swoja robotę, żeby cala krypa się nie przewaliła. Tym razem jednak nie udało się go wyłowić, poszły dwie liny jednak chłopak nie zdołał ich złapać. Zobaczyłem jego siną twarz na sekundę, po czym zniknął w pianie na kilka ładnych sekund. Wszystko działo się zbyt szybko, bym zdążył się przerazić. Przepłynął jak korek następny próg znikając pod wodą na coraz to dłuższe odstępy czasu. W końcu pilot wyłowił go i wciągnął na pokład. Swatu był cały siny i półprzytomny. Leżał jak worek. Szefu zaczął wypompowywać z niego wodę i dopiero wtedy Wojtek doszedł do siebie. Dobrze, ze nie spanikował. Poznaliśmy dobra stronę żywiołu, ale także i jego moc. Nasza przygoda z Raftingiem dopiero się rozpoczęła.
Dla wtajemniczonych skala trudności wynosiła około 4+ ( w tej skali 6 to już samobójstwo)

Teraz napisze wam o samej rzece. To, co widziałem podczas wolnych sekund odpoczynku poprzez załzawione oczy wyglądało następująco: Dzika rzeka płynąca ciemnym wąwozem lub wręcz kanionem na brzegach którego rosły bujne rośliny podlewane niezliczona ilością małych wodospadów. Co jakiś czas wysoko nad naszymi głowami pojawiał się wiszący na linach most. Nad rzeka unosiła się mgła cudownie poprzecinana czarnymi liniami zwisających lian. Nad głowami przelatywały nam kolibry, papugi, a na nasze mięso oczekiwały drapieżniki na skalach. Chciałbym móc obejrzeć to wszystko raz jeszcze w zwolnionym tempie, może wtedy zapamiętałbym więcej szczegółów. Wiem, ze coś takiego widziałem po raz pierwszy w życiu. Kurde, w tej kafejce puszczają muzykę na maksymalnym poziomie! Nie mogę żebrać myśli!! Kończę.Powrót na górę
Nara. B.

Sobota, Listopad 1, 2003
Polska - Wenezuela 0:2
Wpieprzyli nam, świnie. Trzeba ich najechać... Ale zacznijmy od początku. Jesteśmy w Puerto Ayacucho. To taka ponoć duża wioska    90 000 mieszk. Na południu Wenezueli. Dalej już koczują tylko Indiance. Wylądowaliśmy w Hotel International, czyli chłodzonej norze bez okien. Wieczczorkiem chlejąc w patio zapoznaliśmy się z tutejszymi studenciakami (Oskar i Bobby). Chłopaki gadają jako tako po angielsku, więc gadka szybko się rozwinęła.

Zostawmy ich na chwile. Warto wtrącić, ze moment później na horyzoncie pojawił się Krzysztof Dydynski, autor naszej biblii - przewodnika Lonley Planet. Swat poznał go do razu, bo w przewodniku widnieje jego zdjęcie. Mieliśmy mnóstwo szczęścia, bo facet na stale mieszka w Australii. Wzięliśmy od niego autograf, wychlaliśmy flaszkę ginu z 7up. Gościu powiedział nam mnóstwo ciekawych rzeczy, pomógł zrozumieć niektóre paradoksy tego kraju.. Niektórych sam nie był w stanie pojąć. Powiedział tez jak wygląda proces tworzenia przewodnika. Napisze o tym później. Fakt faktem, jesteśmy na prawdę dumni, ze go spotkaliśmy i mogliśmy z nim pić. To wielki mistrz.

Następnego dnia świeżo wstaliśmy z naszego barłogu. Kac tu chyba paruje razem z potem. Zaczęliśmy mozolną wędrówkę po miejscowych cinkciarzach. Nasze umiejętności wzrosły już do pierwszego dana, jednak mimo to nie byliśmy w stanie przebić ceny 2300 Boliwarow za dolca. Dla porównania w Caracas można zgarnąć 2800. Straciliśmy kilka ładnych godzin na bieganiu po bazarach, straganach, scierwnych uliczkach. Nagle pojawili się nasi znajomi studenci w pick-upie.
Goście do nas:
What’s up, man?
My do nich:
We’re looking for changing some money, man..
Oni:
Maybe you gonna to go with us, we can help, man?
My:
Sure, man..
No to hop na pickupa, jedziemy.
Goście gówno załatwili. Okazało się, ze młynarze z Kolumbii zalali rynek
lewymi zielonymi pochodzącymi ze sprzedaży mąki..
Opyliliśmy dwie setki po kiepskim kursie. Trudno.
Goście do nas:
You wanna drink smthng, man?
My
Why not, man
Oni
Let's go than, man.
Pojechaliśmy, wypili.
Goście do nas:
Maybe you wanna see some chickas (dziewczyny) on our university, man?
My:
Sure, man..
Kupiliśmy kratę, pojechaliśmy. Chlaliśmy na pace.
Uniwerek na kompletnym zadupiu.
Zero ludzi.
Zero ścian (dopiero w budowie)
Zero chickas.
Goście do nas:
Tomorrow we gonna go for the frog investigation. We have our own area, small river. Are you gonna to go with us, man? (zapomniałem dodać: Oskar, jeden z nich jest biologiem, specjalizacja: jad węży)
My:
Cool man.
Oni:
Then tell everybody You're polish biology students interested with frog.
My:
Yeah, cool, man
Potem zjawił się ich rektor czy jakiś szefu. Goście do niego nawijali po hiszpańsku. Rektor uścisnął nam ręce i mówi:
Feel like in home.
Zrobiliśmy mądre miny:
Thank You Sir..

W pewnym momencie Momo spojżał na tablice informacyjna. Pokazał wizerunek tygrysa i powiedział na glos:
Is this frog?
Szczęście, ze rektora już nie było.. Nasz profesorek z lekka się uśmiał.

Tak więc ustalenia są takie:
Jesteśmy badaczami żab. Jedziemy jutro na obserwacje. Nasz nieoficjalny obowiązek i zaplata to dwie kraty browców. Wracając do Puerto gościu mówi:
Maybe You wanna play paint ball, man..
My:
Why not, man..
On:
Let's drink something before...
Poszło po sześc. Potem poszliśmy lulu. Gościu obudził nas Kolo 16.
Pojechaliśmy na pole bitwy. I tak to właśnie dostaliśmy.. nie bójmy się użyć tego określenia.. wielki wpierdol. Chłopaki z GROMU musza tu wpaść wykosić tych pieprzonych kolorowych. Przegraliśmy kratę browaru. Polska - Wenezuela 0:2. Ale to dopiero początek.
See You than, man..Powrót na górę
MC Bart.

Niedziela, 2 Listopad 2003
Frog investigators
Z tym wpierdzielem od kolorowych to nie ma co się tak przejmować. Wczoraj podczas wyprawy biologicznej chłopcy wygadali się, ze byli wcześniej w służbach interwencyjnych w policji. Powiedzmy, że nie mieliśmy szans.

Może teraz kilka słów na temat naszej eksploracji żabich okazów. Ekwipunek badacza składa się z przenośnej, aczkolwiek ogromnej lodówki wypełnionej kawałkami lodu oraz około 80 butelkami piwa. Należy pamiętać, ze piwo tu sprzedawane jest w butelkach 0.25, więc trzeba wszystko dzielić przez 2. Kolejnym elementem wyposażenia są gary, warzywa i mięcho oraz 2 kobiety. Do tego dochodzi jeszcze tuzin bachorów. Wszystko to badacze ładują na 2 terenowy i zawożą bezpośrednio na miejsce eksploracji.

Jeżeli raj, czyli tak zwany paradajs wygląda chociaż w połowie tak pięknie jak miejsce, gdzie nas zawieźli to chce umrzeć w tej chwili! Zakładam w tym momencie słusznie, ze od razu po zgonie przeniosę się bez zbędnych ceregieli właśnie tam. W końcu ciężko na to pracuję: umiem odróżnić dobro od zła (tak na przykłd: Amerykanie są dobrzy, a Arabowie źli).

Tak więc pojechaliśmy około 40 minut terenówą za miasto, potem skręciliśmy w boczna drogę poprzecinaną szeregiem strumieni i jechaliśmy nią z jakieś 15-20 minut (w pierwsza stronę, bo w druga wliczając zakopanie się po miskę olejowa w błocie wyszło 2h). Po drodze minęliśmy wioskę Indian. Jeśli ktoś myśli o nich jak o dzikusach ganiających w pióropuszach to jest w błędzie. Przynajmniej ci, których minęliśmy mieli staroindianskie bluzy z Britney Spears.

Dojechaliśmy na miejsce i rozpoczęliśmy eksploracje. Zapanowała stara gadka:
-Youh wanna some bear, man?
-Sure man...
Wpieprzyliśmy się do krystalicznie czystej rzeki, w cień jakiś egzotycznych roślin. Bachory i kobiety trzymały się z dala pichcąc coś po cichu. Tylko od czasu do czasu podawali nam butelki z lodówki. Aż mi głupio było brać. Podział ról jest tu wyraźnie widoczny. Faceci żartują i chleją, baby pichcą. Swat skomentował to następująco: "stara, mądra kultura"

Kiedy chlanie w miejscu przestało nas bawić, a żarcie było jeszcze w drodze chłopcy zaproponowali:
-Let's go maybe some swim, man?
-All right, man
Poszliśmy w gore rzeki. Dopiero wtedy uderzyło mnie nieskończone piękno tego miejsca. Szliśmy po piersi w krystalicznie czystej wodzie, nad naszymi głowami piętrzyły się wysokie drzewa oraz tysiące innych nieznanych mi kwiatów, krzaków, porostów. Latały kolorowe motyle wielkości mojego świętej pamięci chomika. (Chomik nazywał się '"dziub dziub".) Oskar (nasz profesor) powiedział, ze za takiego motyla można zgarnąć 200 bagsow. Wędrowaliśmy ze 30 minut w górę rzeki wspinając się po drodze na pochylone nad woda drzewa i skacząc z nich do wody. Z lasu wyszliśmy prosto na wioskę Indian, którą mijaliśmy wcześniej. Okazało się, ze Bobby, kumpel Oskara (140 kilo mięśni i tłuszczu) jest szefem straży tego terenu. Pilnuje, żeby nikt nie dokuczał Indiancom. Indianie go dobrze znali, więc chętnie poczęstowali nas arcykurewsko ostrą papryką. Do tej pory mam wykręconą mordę na lewa stronę, przez co biorą nas ze Swatem za braci. To były na prawdę długie i męczące Zaduszki... Powrót na górę
Santa Bart.

Wtorek, Listopad 4, 2003
Andy
Napisze Wam jeszcze kilka słów o samych Andach. Nie widziałem wiele, zdążyłem jedynie dotknąć ich czubkiem języka. Jedyne góry do których mogę przyrównywać Andy to Pireneje. Strome, obsypujące się skały, setki głębokich dolin, tysiące wodospadów. Andy jednak przewyższają Pireneje wysokościami i stromizną. Konsekwencja ciepłego klimatu jest przesuniecie granicy występowania roślin i zwierząt. My spotykaliśmy jeszcze skarłowaciale drzewa na wysokości 4500 mnpm. Życie w takich górach nie jest proste. Koncentruje się ono głownie wokół trasy transandyjskiej. Nigdy wcześniej nie jechałem taką drogą. Przyczepiona do skały nitka snuje się przez setki czy nawet tysiące kilometrów cudem trzymając się stromego zbocza. Często wygląda to tak, ze z samochodu nie widać ani dna kanionu, ani szczytu góry. To z powodu olbrzymiej stromizny i dużych wysokości. Ludzie którzy żyją wzdłuż trasy przypominają mi rozbitków na małych wysepkach. Z okien widzą gigantyczną przestrzeń, jednak poruszać się mogą tylko w obrębie malutkiej płaskiej skały przyczepionej do zbocza. Jadąc do Barinas czułem się trochę jak w bajce. W końcu Momo się porzygał i bajka się skończyła.Powrót na górę
Bartek.

Wtorek, Listopad 4, 2003
Status
Jeszcze kilka słów, co się dzieje. Jesteśmy w mieście Ciudad Bolivar, z okien hotelu widzimy Orinoko. Dziś szukamy jakiegoś taniego przelotu bądź wycieczki nad Salto Angel. Przybędę, zobaczę, zwyciężę.. Powrót na górę
B.

Wtorek, Listopad 4, 2003
Zatem.. Do dżungli!
Jutro wypadamy na 4 dni do Parku narodowego Canaima. 3 godziny jeepem, potem 30 minut awionetką, a dalej ok. 100km łodzią i w końu pieszo przez dżunglę do wodospadu Salto Angel. Takie są plany. Mamy chwilę w mieście, więc jeszcze trochę popiszę.

Ostatni weekend, jak wiecie spędziliśmy pod opieka Oskara i jego rodzinki. Mieliśmy fuksa, ze trafiliśmy na nich, mieliśmy podwójnego fuksa, ze trafiliśmy na weekend. W niedzielę Oskar zabrał nas do miejsca o nazwie Tobogan, gdzie rok wcześniej flagę zabił Sir Seb, młodzieniec o złotych włosach.
Sama miejscówka, trzeba przyznać nie dorastała do pięt rzece nad którą dzień wcześniej badaliśmy żaby. (Trzeba uczciwie dodać, ze w ciągu całego dnia zobaczyliśmy jedna małą żabkę w kratce kanalizacyjnej przy uniwersytecie). Wracając do Toboganu - cóż w istocie śliczne miejsce, jednak pełni ono role raczej takiego Zalesia Górnego, czyli weekendowej odskoczni. Mnóstwo ludzi z Puerto zwala się tam, by się popluskać w spadającej ze skały wodzie. Największą korzyścią płynącą z tego wyjazdu były 3 łuki i 6 strzał kupionych w oddalonej o 5 km od Toboganu wiosce Indian. Mistrz Seb także się tam zaopatrywał. Idąc za jego przykładem zbiliśmy cenę do 15 000 Bs za łuk. Następnego dnia dokupiłem jeszcze czwarty na bazarze, także obecnie podróżujemy z 180 centymetrowa tuba grubości.. no nie będę porównywał...

Przy okazji wyjazdu miałem szansę poobserwować relacje panujące w rodzince Oskara. Mówiłem o tym, ze podział na role kobiet i mężczyzn są tu widocznie wyraźne. To fakt. Należy dodać jednak, ze sama struktura rodziny wydaje się tu być silniejsza niż zazwyczaj u nas. Więzi są tu bardziej widoczne. Ludzie bez przerwy tulą swoje dzieci, żony, mężów, być może mężowie mężów także.. dużo ludzi całuje się często na ulicach. W Wenezueli widać ewidentnie wyż demograficzny, społeczeństwo jest młode. Jeszcze nie jechaliśmy autobusem bez matki z dziećmi, czy kobiety w ciąży.. najczęściej występuje po kilka sztuk tego i tego... Nie wiem, czy to ciepły klimat ich tak zbliża, bo z pewnością warunki socjalne i finansowe mają o wiele gorsze od nas. Żyją w chatach z czystego betonu, z podwieszanymi pod sufitem żarówkami. Może właśnie te warunki wypychają ich wieczorami na ulice przed swoje domy, których drzwi zawsze pozostają otwarte. Ludziska wystawiają swoje stare stoliki, popękane krzesła i gadają do późna w nocy. Przechodząc koło nich częściej usłyszycie skoczne dźwięki salsy, czy zgrzyt starego rocka niż np. Kylie, czy Madonnę. Jeżeli cos błyska nieregularnym światłem w środku, to prędzej będzie to święczka niż telewizor. Nie chce popłynąć jak Antoine de Saint-Exupery i twierdzić, ze wszyscy są szczęśliwi i kochający, a z każdego domu płynie dobro i ciepło, ale właśnie takie być może powierzchowne wrażenie można odnieść chodząc po ulicach tutejszych miasteczek. Nie spotkaliśmy się tu jeszcze z przejawem jakiejkolwiek agresji, wszyscy którzy nas zaczepiali byli sympatyczni i po prostu ciekawi skąd jesteśmy. Krzysztof Dydynski ostrzegał nas, ze łatwo tu się zżyć z miejscowymi i tak tez się stało. Polubiliśmy bardzo Oskara, o twarzy przypominającej kreacje Williama Defoe w "Dzikości Serca". Na przekor temu to jego kumpla nazywaliśmy Bobby, lub Big Gay, ewentualnie Big Madafaka. (Facet, jak już mówiłem 140 kg żywej wagi.) Cala ta paka zrobiła na nas świetne wrażenie, pokazali nam miejsca do których nie trafilibyśmy bądź nie zostalibyśmy wpuszczeni
bez nich.

Ponieważ Swat właśnie stracił swojego maila (nie skopiował do schowka przed wysłaniem), mam jeszcze chwilę i popiszę Wam o żarciu tutaj. Generalnie z jedzeniem jest jak z loterią. Kioski z żarciem i agencje przeróżnych totolotków i fortun jako jedyne są czynne praktycznie non stop. Grać nie musimy, ale żreć trzeba. Za każdym razem gdy w knajpie zjawia się kelner z tacą, odczuwam niepokój i lekki skurcz pośladków. Nigdy niczego nie wygrałem na loterii, a tu .. proszę! W knajpach wygrałem dwie sraki! Sam smak potrawy tez jest niewiadomą. Najgorzej było na początku, kiedy jeszcze za Chiny nie mieliśmy pojęcia co zamawiamy. Leciały więc kraby, mauże, głowy ryb, paskudny i śmierdzący ser zmieszany z batatami, fasolą, ryżem i ścierwem wyrwanym wprost z trzewi szczurów.. Momentem przełomowym był pomyśl, żeby sprawdzić w słowniku "jak jest w końcu ten pier.. kurczak". Od tej chwili kroczymy z "pojo" na ustach i w ustach. Ale i tak nie ma lekko. Często mieszają te kurczęta z bóg wie czym i pchają do tłustych placków smażonych w głębokim oleju jak paczki. W efekcie moim głównym daniem jest ostatnio nifuroksazyd i węgiel. Pomagam też sobie niezastąpionym C2H5OH w ilościach dużych. Dobre żarcie jedliśmy zaledwie kilka razy, tak mało ze mogę wszystkie dania wyliczyć. Były to:
- Zajebista ryba w Adicorze - potwor z piekła rodem
- Ryz z fasola i kurczakiem na Raftingu (na deser wpadła małą pirania)
- Ostatnio tosty po włosku
- można wliczyć wreszcie w to i hamburgery, ale tylko w niektórych budach. Zdarzyło nam się wciągnąć takie wielkości 3 big mackow z szynka, jajkiem, niezliczona ilością warzyw..
W konsekwencji tego wszystkiego jemy mało - jeden mały posiłek dziennie. Ratujemy się bananami. Może wyjdzie nam to na zdrowie... Dobra.. Swat już sporządził kopie maila. Kończę więc i ja.
Pieces of kisses. Powrót na górę
Bart.

Wtorek, Listopad 11, 2003
Playa
Jesteśmy z powrotem nad morzem. Siedzimy w uroczym miasteczku Santa Fe przyklejonym do niewielkiej plaży na skraju parku narodowego Mochima. Instynkt przetrwania pchnął nas do domku położonego 15 metrów od morza i 40 metrów od sklepu monopolowego. Mamy lodówkę, więc nocami przesiadujemy długie godziny w arcycieplej wodzie popijając whisky z lodem i colą, natomiast w ciągu dnia smażymy na słońu dupska - ostatnie białe bastiony na naszych ciałach. Dzisiaj wynajęliśmy zwinną motorówkę i udaliśmy się na całodniową przejażdżkę między niezliczona ilością wysepek parku narodowego. Wiecie, nie mam już siły ani umiejętności by opisać wam piękno tego co widziałem. Kolor wody, jej przejżystość, rafy koralowe, tysiące zatoczek, piaszczystych i kamienistych plaż, wysokie brzegi z wyżłobionymi grotami... To wszystko pozbawiło mnie oddechu na długie godziny. Szczęście, ze mieliśmy ze sobą 30 browarów. Do jednej z takich grot postanowiliśmy wpłynąć ze Swatem wpław. Była to chwila grozy; Swata o mało nie cisnęło na ostrą skałę, ja rozciąłem lekko nogę o rafę koralowa.

W drodze powrotnej przegrzał się silnik i przez jakiś czas wiosłowaliśmy bez nadziei dechami.. Generalnie powolutku stopujemy, przygotowujemy się na czarny piątek... Opisze Wam jeszcze w następnym mailu Canaimę. I to już chyba będzie wszystko..
Strzałka. Powrót na górę
Bartek.

Wtorek, Listopad 11, 2003
Jungle Boogie
Jeżeli ktoś z Was, moi drodzy oczekuje opowieści o wysmarowanych błotem bohaterach ganiających z maczetami po dżungli, walczących z tygrysami i polujących by przeżyć, to niech lepiej od razu wróci na stronę www.xlaski.pl lub po prostu sformatuje dysk. Musze na wstępie przyznać, ze my wykupiliśmy po prostu wycieczkę. (To był jedyny sposób, by dostać się pod wodospad Salto Angel.) Wycieczkę tak bezpieczną, jak pasjonujące skądinąd zwiedzanie Wilanowa. Żarcie mieliśmy codziennie podawane na 'porcelanowych' talerzykach, buzie nam wycierali po posiłkach, a nocami jaguary chodziły na pazurkach wokoło naszego obozu, by czasem nas nie obudzić. Na naszych niespełnionych ambicjach twardzieli jednak mankamenty się kończą. Wszystko, co napisze poniżej będzie jedną wielką odą pod tytułem "Kurewskie Piękno". Pisałem Wam, ze w założeniach mieliśmy pojechać jeepem 100 km na południe, a potem przesiąść się w samolot. Plany ulęgły zmianie. Kierowca jeepa palił skręta i bolała go głowa. Wysłali nas więc od razu małą awionetka do Canaimy - prześlicznej osady, do której można dostać się tylko samolotem. Sam lot jak łatwo się domyśleć był już absolutnym hitem. Szczególnie z powrotem, kiedy wpadaliśmy w dziury rozrzedzonego powietrza. Widoki - (może już zostawmy na boku przymiotniki), po prostu będę wyliczał: bezdroża sawanny, dżungla, wreszcie pierwsze tepui, rozlewiska rzek, niekończące się siatki wysepek, jezior, aż w końcu Canaima - osada nad brzegiem wielkiego rozlewiska do którego wpadają z hukiem gigantyczne wodospady. Widziałem już wiele w tym kraju, ale gdy po raz pierwszy to zobaczyłem z powietrza mój tyłek zacisnął się w zachwycie. Na lotnisko wyszedł po nas przewodnik Pablo. Absolutny mistrz i luzak. Pracował dla National Geographic, BBC, znal tego pedałka blondyna z Travell&Adventure. Najlepiej przedstawię go Wam jego własnymi słowami:
-I'm an alcoholic, man. I spent two years in fucking jungle.
Niestety tylko na 50% jego wypowiedzi mogliśmy odpowiedzieć "My też" Ta zbieżność naszych zainteresowań zaowocowała ciekawa współpracą.

Oprócz nas udział w wyprawie wzięło kilku Amerykańców, Wenezuelki, jacyś kolesie i pewien pechowiec ze swoja świeżo upieczona żoną. Dali nam w wiosce papu i w drogę.

Teraz nadszedł czas, by porozmawiać o odległościach. Samolotem pokonaliśmy około 200 km. Łodzią mieliśmy do zrobienia około 100. I wszystko w głąb fucking dżungli. Ruszyliśmy łodzią wzdłuż gigantycznych wodospadów wpadających do jeziora. Dalej wysiadka. Palbo zaprowadził nas droga wyżłobioną w skale za wodospadem. Jeżeli teraz wyobrażacie sobie stróżkę wody sunącą leniwie po kamieniach to jesteście w błędzie. Dwa metry od nas przelewały się tysiące hektolitrów wody na sekundę. Ryk był taki, ze nawet nie usłyszałbym swojego bąka. To był chyba najbardziej ekscytujący moment wyprawy. Ruszyliśmy znowu łodzią w gorę rzeki. Powrót na górę

Środa, 12 Listopad 2003
Ups.. they did it again
Znowu nas obrobili! Tym razem wyszli na nas z maczetami. Wzięli trochę szmalcu moja cyfrę i aparat Moma. Zaczynam się już przyzwyczajać :-) W porównaniu do napadu w Kaukazie ten był pikusiem. Naszło nas pięciu gówniarzy maksymalnie po 17 lat każdy. Mogliśmy się nawet stawiać, ale ja mam zasadę ze oddaje wszystko gdy mam metal pod szyją. Stało się to, gdy zeszliśmy z szosy, przekroczyli rzekę i zaczęli się wspinać na górę. Momo wcześniej pytał się ich o drogę, więc gnoje poszły za nami. Tym razem lenistwo Swata się opłaciło. Chłopak zaczął wracać, gdy tylko kąt nachylenia ścieżki przekroczył 20 stopni. Dobrze się stało, bo miał cały nasz wspólny szmal. Po napadzie zbiegliśmy pędem na dół. Wpadliśmy do małego sklepiku gdzie 20 minut wcześniej robiliśmy sztukę. Ja drę się "tragedia, bandita, maczeta", goście w 5 sekund zatrzymali brykę, kolesie wzięli nas na posterunek. Po około 40 minutach byliśmy z powrotem na miejscu, tym razem jadąc policyjnym land Cruserem w towarzystwie 2 motorów krosowych. Wzięliśmy tez zajebistego kolesia, Tommego który był naszym tłumaczem. Jak się później okazało koleś jest kumplem Pablo z Canaimy. Wiedziałem, ze obrobiły nas miejscowe fiutki, więc zasugerowałem glinom, by od razu popytali wieśniaków. Po 10 minutach wiedzieli już gdzie szczyle mieszkają. Matka jednego wybiegła z płaczem, ze jej dzieciak to dobry chłopiec, tylko wpadł w źle towarzystwo.. Teraz czekamy do pierwszej, podobno gliniarze maja już nasz sprzęt. Tommy mówił, ze może on się spodobać także policjantom, więc uwierzę w odzysk jak zobaczę. Uff myślałem, ze to już koniec emocji, a tu proszę .. taka niespodzianka.. Zaraz lecimy nurkować z Tommym (chłopak jest instruktorem nurkowym), może rafa nas trochę wyluzuje. O Canaimie i Salto Angel dokończę dziś więczorem, a jak nie to na imprezce powitalnej.
Do zobaczenia dzieciaki! Powrót na górę
Bartek.

Środa, 12 Listopad 2003
Jungle Boogie CD
Jeszcze mi się zajebisty filecik nie ułożył w brzuchu, więc ponurkuje trochę później, a teraz Wam jeszcze popiszę trochę o tej całej Canaimie. Jak mówiłem przyroda tam jest po stokroć silniejsza niż u nas. Las jest gęstszy, owady są duuuzo większe, jest o wiele więcej gatunków roślin. Symbiozę i walkę widać na każdym kroku. Generalnie w całej Wenezueli jest tak, ze świerszcze cykają tak głośno, ze często słychać je w knajpie pomimo głośnej muzyki. I jeszcze jedna ciekawostka: w dżungli nie ma komarów! Mówię oczywiście o miejscu gdzie byliśmy. Jest to spowodowane ponoć czystością tamtejszych wód. Te małe skurwiele potrzebują lekkiego syfu by się rozmnażać. Zostając przy temacie woda- czegoś takiego nigdy wcześniej nie widziałem. Setki rzek odnóg, rozlewisk, wodospadów. Płynęliśmy w gore rwącej rzeki niecałe 2 dni, więc miałem okazję się napatrzeć. Doznania skrajnie inne niż podczas Raftingu. W końcu wyskoczyliśmy z łajby i przez półtorej godziny wspinaliśmy się przez dżunglę do podnóża tepui, z którego wypływa Salto Angel. W końcu zobaczyliśmy go! Kawał niezłego skurwiela. Poziom wody był średni, więc nie widzieliśmy wodospadu w pełnej okazałości. Dydynski mówił, ze może czasami być tak, ze prawie nic nie leci, więc i tak mieliśmy sporo szczęścia. Pogapiliśmy się, postrzelaliśmy foty (tzw. "kodak time", jak mawiają przewodnicy), Swat poprężył opalona klatę, ja powyciskałem sobie syfy.. Na koniec wykąpaliśmy się jeszcze w pobliskim wodospadzie. Szkoda, ze nie miałem szamponu Fa - mógłbym pieprznąć fotę reklamowa. Było bombowo. Dobra, lecę nurkować. Jeszcze może popiszę coś na koniec. Powrót na górę
Bartek.

Środa, 12 Listopad 2003
Finito
Aparat odzyskałem! Gliniarze zażyczyli sobie w zamian 2 litry koli. Ponadto jesteśmy pewni, ze zgarnęli nasz odzyskany szmal. Było tego ok 35 euro, więc niewiele. Matki tych sukinsynów spędziły dziś cały dzień na komisariacie i powiedziały nam, ze gnoje zwróciły wszystko. Olać to. Grunt, ze mamy aparaty i zdjęcia. Musieliśmy jeszcze podpisać, ze nie będziemy dalej rościć sobie żadnych praw, ani występować przeciwko tym bandytom. Gdybyśmy chcieli złożyć na nich skargę, spędziliby niezależnie od młodego wieku 5-10 lat w pierdlu z opasłymi murzynami. W tym wypadku otrzymalibyśmy aparaty droga legalna za 2-3 miesiące. Może to byłoby i dobrze, bo miąłbym pretekst by tu przyjechać ponownie.

A teraz kilka zdań na koniec. Bracia, Towarzysze.. To był na prawdę jeden z najcudownieszych wyjazdów zarówno dla mnie jak i dla reszty ekipy. Wenezuela kładzie na łopatki wszystkie kraje w których dotychczas byłem zarówno pod względem atmosfery jak i zróżnicowania czy piękna krajobrazu. Jeśli ktoś zapyta się mnie, czy kiedykolwiek byłem szczęśliwy to mam kolejny powód by odpowiedzieć "tak". To był najlepiej wydany szmal w moim życiu. Z całego wyjazdu najlepiej oceniamy rafting pod względem emocji, a Canaime pod względem krajobrazu. Ale reszta tez była w dechę. Wiemy, ze to dopiero początek naszej przygody z Ameryka Południową. A więc do zobaczyska! Szykujcie gardziele na nasz powrót. Przywieziemy tyle, ile zmieści się do naszych plecaków...
Człowiek musi sobie czasami polatać... Powrót na górę
-Bartolomeo.

Piątek, Listopad 14
Chyba nas tu polubili..
Jest 2 w nocy, siedzę w pięciogwiazdkowym hotelu gdzieś nieopodal Caracas. Właśnie trawie kurczaka w grzybach zjedzonego w kafejce nad brzegiem basenu... Kto stawia? Oczywiście British Airways. Postanowili przedłużyć nam wakacje o 24 godziny. Żeby wzmocnić efekt niespodzianki, nie napisali nic na monitorach rozwieszonych na lotnisku, tylko poczekali aż sami się zjawimy, czyli do 23. My na lotnisku kwitliśmy od 20. Wcześniej walczyliśmy z gigantycznym korkiem w Caracas, bo padło metro... Skurwysynskie Angole. Dobrze, ze ich chociaż obeżremy :-) Jutro czeka nas aktywny dzień w hotelowym basenie i na kortach (zaraz po wyprawie do sklepu). Zatem do soboty!
Bartek.
PS. Powrót na górę
Teraz idę spać. Po raz pierwszy trzeźwy na tym wyjeździe..

Środa, 19 Listopad 2003
Znowu w dżungli
W sobotę w nocy wylądowaliśmy w samym sercu dżungli. Dżungli pełnej węży i szczurów. Dżungli z której nie widać nieba, gdzie panuje wieczny półmrok. Nigdy wcześniej mgła nie była tak gęsta, a powietrze tak wilgotne. Z każdą chwilą, która mija od mojego powrotu coraz mniej wierzę w to, że kiedykolwiek byłem gdzie indziej. Z każdą chwila też coraz bardziej wierzę w to, ze za rok znowu wyjadę.
Trzymajcie się, szczury...
Wyścig trwa! Powrót na górę
Szczur Bartek.