Przedsłowie Niniejsza
relacja składa się w zasadzie z kolejnych listów jakie słałem z Wenezueli do tych
spośród moich znajomych, którzy otworzyli swoje skrzynki na mierzone w setkach
kilobajtów potoki mojej grafomanii. Późniejsza korekta polegała w zasadzie na
usunięciu bardziej pikantnych aluzji, poprawieniu nieskończonej ilości błędów
ortograficznych oraz dodaniu kilku nazw geograficznych. Z góry chciałbym przeprosić
za łamaną angielszczyznę jaką się miejscami posiłkuję. Czasami po prostu był to
jedyny sposób na oddanie panującej atmosfery.
Sobota,
Październik 18, 2003 Żyjemy Jak
już wspomniałem, żyjemy i mamy się dobrze. Obecnie przebywamy na wybrzeżu w wiosce
o nazwie Adicora. A oto jak się tu znaleźliśmy: Po wyjściu z samolotu i zdaniu
egzaminu na czarny pas w cinkciarstwie udaliśmy się wprost do hotelu w Caracas.
Lokum okazało się o wiele tańsze niż zakładaliśmy, w telewizji leciało na wszystkich
kanałach przemówienie Cherveza, w którym wysławiał Bolivara i Wenezuele, więc
postanowiliśmy trochę kasy przepić na mieście. Następnego dnia wsiedliśmy w taksę
i skoczyliśmy 700 km na zachód i oto jesteśmy.
Doznałem tylu nowych wrażeń,
ze szczerze mówiąc nie wiem zupełnie od czego zacząć! Może zacznę od wody - od
tego ponoć się wszystko zaczęło.. Woda ma tu temperaturę 30 stopni jak nic. Poza
wanną i wodami łnowymi nie dane mi nigdy było moczyć się w czymś równie ciepłym.
Z tej cieplej wody spieprzają nawet kraby i ganiają więczorami po ulicach. Chciałem
namówić El Momo, żeby wcisnął takiemu jednemu palucha w szczypce, ale chłopak
podszedł z niechęcią do mojego pomysłu. Dobra, kończę.. wybaczcie. Chłopaki
ciągną mnie na browar. Przepraszam, ze pisze tak chaotycznie, ale flamingi mi
skrzeczą nad głowa. Senior
Jabol. Poniedziałek, 20 Październik,
2003 Żyjemy.. coraz bardziej
No dobra, burasy teraz napisze Wam nieco więcej. Luz. Luz absolutny. Luzik w najczystszej
postaci. Wenezuela definiuje to słowo w nieskończenie idealny sposób. Każdy tutaj
jest wyluzowany bardziej niż najbardziej rzadki budyń.. Ludzie zagadują wszystkich
na około, wszędzie słychać muzykę, cizie tańczą na ulicach. Po dwóch dniach spędzonych
w Adicorze znaliśmy polowe miasteczka. Z każdym przybijaliśmy pionę i chociaż
nie kumamy absolutnie nic po hiszpańsku, nawiązaliśmy mnóstwo znajomości.
Wczoraj na przykład wybraliśmy się do jakiegoś kaktusowego rezerwatu, poganialiśmy
po krzaczorach i wróciliśmy do zadupia, na umówione z taksiarzem miejsce. Facet
pewnie zalał pałę i nie przyjechał. Nie czekaliśmy 5 minut, a pojawił się rozklekotany
cadilac z jakąś rodzinka w środku. Wzięli nas na paczkę trzeźwych, a wyrzucili
pijanych.. Generalnie wszyscy chleją głownie whisky. W tym cadilacu waliła cala
rodzina z kierowca włącznie. Warto zatrzymać się na momencik przy temacie
motoryzacja. Generalnie na drogach można spotkać dwa rodzaje bryczek- Pierwszy
to wypasione pickupy i terenowy, drugi to 40-letnie amerykańskie fury o maskach
większych niż 4 cieniasy ustawione w rzędzie. Bryki te są kompletnie rozpieprzone,
pozbawione świateł podobnie jak ich kierowcy Chrystusa w sercu. Każdy ma na ulicy
pierwszeństwo, a klaksony ustawione są w pozycji 'praca ciągła'. Nie wiem czy
ich odmiana hiszpańskiego zawiera w sobie taki zwrot jak ograniczenie prędkości.
Wynika ono raczej z możliwości samochodów, a nie są one małe. Kwestia przednich
świateł także pozostawia kierowcy wielkie pole do popisu. Widziałem je w następujących
kolorach: czerwony, zielony, niebieski, fioletowy. Ich blask zbladł jednak, gdy
ujrzałem furę z lampami stroboskopowymi z przodu. Policja jest tak samo
luźna jak reszta społeczeństwa. Raz od nas wzięli paszporty, popodziwiali wizy
swata do Wietnamu i Kambodży, szybko zerknęli na moje wizy do Czech i Rumunii,
oddali nam paszporty i zapytali się, czy nie kupilibyśmy od nich lodów...
Tak więc siedzimy sobie teraz w Coro. Cieple i błękitne morze, zimne piwo
(znaleźliśmy wypożyczalnię przenośnych lodówek - Swat się z nią nie rozstawał),
długie noce spędzone w wodzie i zagrożenie ze strony spadających kokosów mamy
już za sobą.. Nasz instynkt nas nie zawiódł. Na koniec okazało się, ze półwysep
Peninsula de Paraguana jest strefa wolnocłową. Cały czas chlaliśmy nieopodatkowany
alkohol, nawet o tym nie wiedząc. To się nazywa mistrzostwo, nie :-) ?? Kupiliśmy
sobie koszulki z napisem Wenezuela i kolorowymi rybkami. Na plecach zamówiliśmy
napis "jabol pan". „Pan” to po hiszpańsku ”chleb”, tak więc zawsze możemy
tłumaczyć, że ten napis oznacza „chleb powszedni”. To taki nasz mały wkład w ich
kulturę, nasz polski akcent. Chodzimy w nich dumni. Przed nami Sierra
De San Luis, przedsionek Andów. Dalej planujemy ruszyć do Meridy, czyli w samo
serce gór. Zachęceni otwartością ludzi, planujemy jechać na stopa. Zobaczymy co
z tego wyniknie...
Los Bartos de Madafaka Wtorek,
21 Październik, 2003 Czarna strona mocy
No dobra, to teraz trochę ponarzekam. Pisał o tym już sam mistrz Seb (Więcej o
tym zacnym i nieustraszonym mężu możecie poczytać na stronie: http://slopiens.home.cern.ch/slopiens/),
ale chętnie to podkreślę, że Wenezuelczycy to niesamowici śmieciarze. Chyba jedynie
sam Przemek (mój brat) mógłby próbować z nimi konkurować. Śmieci walają się wszędzie,
nawet na niektórych odcinkach plaży. Robi to dość przykre wrażenie, tak przykre
że aż nie chce mi się robić z tego jaj. Kolejną smutną rzeczą jest ich podejście
do zwierząt, w szczególności psów. Widać wieść o tym, ze psy należy karmić jeszcze
do nich nie dotarła. Poza tym potrafią oni wozić zwierzaki w zamkniętych bagażnikach,
co na tym upale graniczy z morderstwem. Cyknąłem jedna przerażającą fotę, sami
zobaczycie. A teraz o moich małych smuteczkach. Upal mnie masakruje. W Coro mimo,
ze są chmury potrafi być ponad 40 stopni. W nocy temperatura spada może do 30.
Śpimy w samych slipach bez żadnego pryk rycia przez co jesteśmy niezłą zakąską
dla przeróżnej maści insektów. Poza tym ja jako jedyny nie przestawiłem się jeszcze
na tutejsza strefę czasowa i nadal budzę się koło 4-5 rano. Dziś wpadłem na pomysł,
ze zwalczę to pijąc do rana :-) No dobra, dość tych smutków! Zwierzaki tez nie
są takie dobre! Wczoraj na przykład gdy siedzieliśmy w knajpie małpa zlała się
nam na stół. Głaskaliśmy ja, poiliśmy kawa, Swat nawet chciał odstąpić łyka piwa.
I co? Zlała się na obrus... Pytanie czy to aby na pewno był mocz pozostawiam bez
odpowiedzi... Zaraz spadamy na południe w niezłe zadupie, także odezwę się pewnie
za jakiś czas z Meridy. Uff jak goraco!!! 
Tony Kalik Poniedziałek, Październik 27, 2003
Lądowanie w Andach
Tak więc przemknęliśmy się niepostrzeżenie do parku narodowego Sierra Nevada.
Po drodze zaliczyliśmy 'rozgrzewkę' w Meridzie, ale o tym następnym razem. Wyskoczyliśmy
z autobusu na wysokości 3300 mnpm, więc nasze pierwotne założenie by podczas wspinaczki
nie przekraczać 3800 z miejsca wzięło w łeb. Posnuliśmy się dwa dni krążąc w okolicy
4000 m, przygotowując płucka i ćwicząc mięsnie zwieraczy. Fachowcy nazywają to
aklimatyzacją. Trzeciego dnia przybiliśmy pionę i ruszyliśmy z bazy
na 3500 w gore na spotkanie 'złego'. Nazwaliśmy nasza gore roboczo 'zły', gdyż
za cholerę nie byliśmy w stanie zapamiętać, ani wymówić jej nazwy. Zły okazał
się faktycznie nienajlepszy. Była to z cala pewnością najbardziej stroma góra
na jaka udało mi się wdrapać. Czułem się momentami jak Spider Man na gzymsie.
Nawet mordę z wycieńczenia i braku tlenu miałem czerwona. Ale udało się! 4678
metrów mieliśmy pod sobą. Zły oczywiście pozbawił nas na koniec możliwości oglądania
widoków ze szczytu. Godzinę przed naszym wejściem zasnuł się mgłą. Teraz
siedzimy w Meridzie, zaraz idziemy na browar. Jutro z samego rana jedziemy na
dwudniowy rafting, więc jeśli wrócę w całości to się odezwę. Całuski, urwisy!

Bartek. Środa, Październik 29, 2003 Temat
rzeka Rafting... Absolutna moc, adrenalina w czystej
postaci.. Nie obraźcie się dziewczęta, ale to była jedna z najfajniejszych rzeczy
jakie przeżyłem. Jeśli kiedykolwiek opowiadając o naszym spływie rok temu w Karelii
użyłem słowa 'rafting', to teraz wycofuje się z tego wszystkimi czterema nogami...
Ale zacznijmy od początku. Aby zrealizować nasz rafting musieliśmy udać
się do jednego z tysiąca biur trekkingowych w Meridzie. Wybór wbrew pozorom nie
był jednak zbyt duży, gdyż jak się okazało cześć agencji wycofało się z tej atrakcji
z uwagi na dość obfite opady i wysoki poziom wód w rzekach. Podobno było już kilka
wypadków i nie chcieli ryzykować. Ta wiadomość tylko nas podkręciła. W końcu znaleźliśmy
kolesi, którzy zdecydowali się wziąć trzech amatorów do swojej balii.
Po pięciu godzinach jazdy Land Cruserem po górskich serpentynach wylądowaliśmy
po drogiej stronie pasma Andów w jakimś kompletnym zadupiu. Tu właśnie ci goście
mieli swoja bazę. Dali nam papu (dobrze, ze się ograniczałem) i myk do rzeczki...
Pierwszy dzień to było zaledwie 4 kilometry. 4 kilometry ostrej jazdy. Oczywiście
wypadłem za burtę jako pierwszy, zaczęło mnie lekko wciągać, ale wyszedłem z tego
cało. Nawet uratowałm wiosło! W sekundę znalazłem się 50 metrów od pontonu, lina
spadla za daleko. Dobrze, ze przećwiczyłem zwieracze w górach :-) Prawdziwa
jazda zaczęła się następnego dnia, kiedy to mieliśmy do pokonania 12 km. Normalnie
tą trasę robi się w 4h, ale my dzięki poziomowi wody przelecieliśmy w 2,5. Nie
jestem takim mocarzem, żeby nawet próbować Wam opisywać w pełni tę jazdę. Wyobraźcie
sobie ponton zapieprzający po progach mających czasami 2metry wysokości. Kiedy
się takie progi nałożą na siebie wychodzi z tego całkiem niezłą wysokosc. Fale
zalewają pokład i wrzeszczących na nim amatorów, adrenalina szumi w żyłach..
Zabawa skończyła się 10 minut przed końcem spływu, kiedy to Swat po raz trzeci
wpadł do wody. Generalnie zasada jest taka, ze jak koleś wypadnie z łajby, to
jeden go ratuje a reszta robi swoja robotę, żeby cala krypa się nie przewaliła.
Tym razem jednak nie udało się go wyłowić, poszły dwie liny jednak chłopak nie
zdołał ich złapać. Zobaczyłem jego siną twarz na sekundę, po czym zniknął w pianie
na kilka ładnych sekund. Wszystko działo się zbyt szybko, bym zdążył się przerazić.
Przepłynął jak korek następny próg znikając pod wodą na coraz to dłuższe odstępy
czasu. W końcu pilot wyłowił go i wciągnął na pokład. Swatu był cały siny i półprzytomny.
Leżał jak worek. Szefu zaczął wypompowywać z niego wodę i dopiero wtedy Wojtek
doszedł do siebie. Dobrze, ze nie spanikował. Poznaliśmy dobra stronę żywiołu,
ale także i jego moc. Nasza przygoda z Raftingiem dopiero się rozpoczęła.
Dla wtajemniczonych skala trudności wynosiła około 4+ ( w tej skali 6 to już samobójstwo)
Teraz napisze wam o samej rzece. To, co widziałem podczas wolnych sekund
odpoczynku poprzez załzawione oczy wyglądało następująco: Dzika rzeka płynąca
ciemnym wąwozem lub wręcz kanionem na brzegach którego rosły bujne rośliny podlewane
niezliczona ilością małych wodospadów. Co jakiś czas wysoko nad naszymi głowami
pojawiał się wiszący na linach most. Nad rzeka unosiła się mgła cudownie poprzecinana
czarnymi liniami zwisających lian. Nad głowami przelatywały nam kolibry, papugi,
a na nasze mięso oczekiwały drapieżniki na skalach. Chciałbym móc obejrzeć to
wszystko raz jeszcze w zwolnionym tempie, może wtedy zapamiętałbym więcej szczegółów.
Wiem, ze coś takiego widziałem po raz pierwszy w życiu. Kurde, w tej kafejce puszczają
muzykę na maksymalnym poziomie! Nie mogę żebrać myśli!! Kończę.
Nara. B. Sobota, Listopad 1, 2003 Polska
- Wenezuela 0:2
Wpieprzyli nam, świnie. Trzeba
ich najechać... Ale zacznijmy od początku. Jesteśmy w Puerto Ayacucho. To taka
ponoć duża wioska 90 000 mieszk. Na południu Wenezueli. Dalej już
koczują tylko Indiance. Wylądowaliśmy w Hotel International, czyli chłodzonej
norze bez okien. Wieczczorkiem chlejąc w patio zapoznaliśmy się z tutejszymi studenciakami (Oskar i Bobby).
Chłopaki gadają jako tako po angielsku, więc gadka szybko się rozwinęła.
Zostawmy ich na chwile. Warto wtrącić, ze moment później na horyzoncie pojawił
się Krzysztof Dydynski, autor naszej biblii - przewodnika Lonley Planet. Swat
poznał go do razu, bo w przewodniku widnieje jego zdjęcie. Mieliśmy mnóstwo szczęścia,
bo facet na stale mieszka w Australii. Wzięliśmy od niego autograf, wychlaliśmy
flaszkę ginu z 7up. Gościu powiedział nam mnóstwo ciekawych rzeczy, pomógł zrozumieć
niektóre paradoksy tego kraju.. Niektórych sam nie był w stanie pojąć. Powiedział
tez jak wygląda proces tworzenia przewodnika. Napisze o tym później. Fakt faktem,
jesteśmy na prawdę dumni, ze go spotkaliśmy i mogliśmy z nim pić. To wielki mistrz.
Następnego dnia świeżo wstaliśmy z naszego barłogu. Kac tu chyba paruje
razem z potem. Zaczęliśmy mozolną wędrówkę po miejscowych cinkciarzach. Nasze
umiejętności wzrosły już do pierwszego dana, jednak mimo to nie byliśmy w stanie
przebić ceny 2300 Boliwarow za dolca. Dla porównania w Caracas można zgarnąć 2800.
Straciliśmy kilka ładnych godzin na bieganiu po bazarach, straganach, scierwnych
uliczkach. Nagle pojawili się nasi znajomi studenci w pick-upie.
Goście do nas: What’s up, man?
My do nich: We’re looking for changing some money, man.. Oni:
Maybe
you gonna to go with us, we can help, man?
My: Sure, man.. No to hop na pickupa,
jedziemy. Goście gówno załatwili. Okazało się, ze młynarze z Kolumbii zalali
rynek
lewymi zielonymi pochodzącymi ze sprzedaży mąki..
Opyliliśmy dwie
setki po kiepskim kursie. Trudno. Goście do nas: You wanna drink smthng,
man? My Why not, man Oni Let's go than, man. Pojechaliśmy,
wypili. Goście do nas: Maybe you wanna see some chickas (dziewczyny) on
our university, man? My: Sure, man.. Kupiliśmy kratę, pojechaliśmy.
Chlaliśmy na pace. Uniwerek na kompletnym zadupiu. Zero ludzi. Zero
ścian (dopiero w budowie) Zero chickas. Goście do nas: Tomorrow we
gonna go for the frog investigation. We have our own area, small river. Are you
gonna to go with us, man? (zapomniałem dodać: Oskar, jeden z nich jest biologiem,
specjalizacja: jad węży) My: Cool man. Oni:
Then tell everybody You're polish biology students interested with frog. My:
Yeah, cool, man Potem zjawił się ich rektor czy jakiś szefu. Goście do niego
nawijali po hiszpańsku. Rektor uścisnął nam ręce i mówi: Feel like in home.
Zrobiliśmy mądre miny: Thank You Sir.. W
pewnym momencie Momo spojżał na tablice informacyjna. Pokazał wizerunek tygrysa
i powiedział na glos: Is this frog? Szczęście, ze rektora już nie było..
Nasz profesorek z lekka się uśmiał.
Tak więc ustalenia są takie: Jesteśmy
badaczami żab. Jedziemy jutro na obserwacje. Nasz nieoficjalny obowiązek i zaplata
to dwie kraty browców. Wracając do Puerto gościu mówi: Maybe
You wanna play paint ball, man.. My: Why not, man.. On: Let's
drink something before... Poszło po sześc. Potem poszliśmy lulu. Gościu obudził
nas Kolo 16. Pojechaliśmy na pole bitwy. I tak to właśnie dostaliśmy..
nie bójmy się użyć tego określenia.. wielki wpierdol. Chłopaki z GROMU musza tu
wpaść wykosić tych pieprzonych kolorowych. Przegraliśmy kratę browaru. Polska
- Wenezuela 0:2. Ale to dopiero początek. See You than, man.. MC
Bart.
Niedziela, 2 Listopad 2003 Frog
investigators Z tym wpierdzielem od kolorowych to
nie ma co się tak przejmować. Wczoraj podczas wyprawy biologicznej chłopcy wygadali
się, ze byli wcześniej w służbach interwencyjnych w policji. Powiedzmy, że nie
mieliśmy szans.
Może teraz kilka słów na temat naszej eksploracji żabich
okazów. Ekwipunek badacza składa się z przenośnej, aczkolwiek ogromnej lodówki
wypełnionej kawałkami lodu oraz około 80 butelkami piwa. Należy pamiętać, ze piwo
tu sprzedawane jest w butelkach 0.25, więc trzeba wszystko dzielić przez 2. Kolejnym
elementem wyposażenia są gary, warzywa i mięcho oraz 2 kobiety. Do tego dochodzi
jeszcze tuzin bachorów. Wszystko to badacze ładują na 2 terenowy i zawożą bezpośrednio
na miejsce eksploracji.
Jeżeli raj, czyli tak zwany paradajs wygląda chociaż
w połowie tak pięknie jak miejsce, gdzie nas zawieźli to chce umrzeć w tej chwili!
Zakładam w tym momencie słusznie, ze od razu po zgonie przeniosę się bez zbędnych
ceregieli właśnie tam. W końcu ciężko na to pracuję: umiem odróżnić dobro od zła
(tak na przykłd: Amerykanie są dobrzy, a Arabowie źli).
Tak więc pojechaliśmy
około 40 minut terenówą za miasto, potem skręciliśmy w boczna drogę poprzecinaną
szeregiem strumieni i jechaliśmy nią z jakieś 15-20 minut (w pierwsza stronę,
bo w druga wliczając zakopanie się po miskę olejowa w błocie wyszło 2h). Po drodze
minęliśmy wioskę Indian. Jeśli ktoś myśli o nich jak o dzikusach ganiających w
pióropuszach to jest w błędzie. Przynajmniej ci, których minęliśmy mieli staroindianskie
bluzy z Britney Spears.
Dojechaliśmy na miejsce i rozpoczęliśmy eksploracje.
Zapanowała stara gadka: -Youh wanna some bear, man? -Sure man... Wpieprzyliśmy
się do krystalicznie czystej rzeki, w cień jakiś egzotycznych roślin. Bachory
i kobiety trzymały się z dala pichcąc coś po cichu. Tylko od czasu do czasu podawali
nam butelki z lodówki. Aż mi głupio było brać. Podział ról jest tu wyraźnie widoczny.
Faceci żartują i chleją, baby pichcą. Swat skomentował to następująco: "stara,
mądra kultura"
Kiedy chlanie w miejscu przestało nas bawić, a żarcie
było jeszcze w drodze chłopcy zaproponowali: -Let's go maybe some swim, man?
-All right, man Poszliśmy w gore rzeki. Dopiero wtedy uderzyło mnie nieskończone
piękno tego miejsca. Szliśmy po piersi w krystalicznie czystej wodzie, nad naszymi
głowami piętrzyły się wysokie drzewa oraz tysiące innych nieznanych mi kwiatów,
krzaków, porostów. Latały kolorowe motyle wielkości mojego świętej pamięci chomika.
(Chomik nazywał się '"dziub dziub".) Oskar (nasz profesor) powiedział,
ze za takiego motyla można zgarnąć 200 bagsow. Wędrowaliśmy ze 30 minut w górę
rzeki wspinając się po drodze na pochylone nad woda drzewa i skacząc z nich do
wody. Z lasu wyszliśmy prosto na wioskę Indian, którą mijaliśmy wcześniej. Okazało
się, ze Bobby, kumpel Oskara (140 kilo mięśni i tłuszczu) jest szefem straży tego
terenu. Pilnuje, żeby nikt nie dokuczał Indiancom. Indianie go dobrze znali, więc
chętnie poczęstowali nas arcykurewsko ostrą papryką. Do tej pory mam wykręconą
mordę na lewa stronę, przez co biorą nas ze Swatem za braci. To były na prawdę
długie i męczące Zaduszki...  Santa
Bart.
Wtorek, Listopad 4, 2003 Andy
Napisze Wam jeszcze kilka słów o samych Andach.
Nie widziałem wiele, zdążyłem jedynie dotknąć ich czubkiem języka. Jedyne góry
do których mogę przyrównywać Andy to Pireneje. Strome, obsypujące się skały, setki
głębokich dolin, tysiące wodospadów. Andy jednak przewyższają Pireneje wysokościami
i stromizną. Konsekwencja ciepłego klimatu jest przesuniecie granicy występowania
roślin i zwierząt. My spotykaliśmy jeszcze skarłowaciale drzewa na wysokości 4500
mnpm. Życie w takich górach nie jest proste. Koncentruje się ono głownie wokół
trasy transandyjskiej. Nigdy wcześniej nie jechałem taką drogą. Przyczepiona do
skały nitka snuje się przez setki czy nawet tysiące kilometrów cudem trzymając
się stromego zbocza. Często wygląda to tak, ze z samochodu nie widać ani dna kanionu,
ani szczytu góry. To z powodu olbrzymiej stromizny i dużych wysokości. Ludzie
którzy żyją wzdłuż trasy przypominają mi rozbitków na małych wysepkach. Z okien
widzą gigantyczną przestrzeń, jednak poruszać się mogą tylko w obrębie malutkiej
płaskiej skały przyczepionej do zbocza. Jadąc do Barinas czułem się trochę jak
w bajce. W końcu Momo się porzygał i bajka się skończyła. Bartek.
Wtorek, Listopad 4, 2003 Status
Jeszcze kilka słów, co się dzieje. Jesteśmy w
mieście Ciudad Bolivar, z okien hotelu widzimy Orinoko. Dziś szukamy jakiegoś
taniego przelotu bądź wycieczki nad Salto Angel. Przybędę, zobaczę, zwyciężę..
 B.
Wtorek, Listopad 4, 2003 Zatem..
Do dżungli! Jutro wypadamy na 4 dni do Parku narodowego
Canaima. 3 godziny jeepem, potem 30 minut awionetką, a dalej ok. 100km łodzią
i w końu pieszo przez dżunglę do wodospadu Salto Angel. Takie są plany. Mamy chwilę
w mieście, więc jeszcze trochę popiszę.
Ostatni weekend, jak wiecie spędziliśmy
pod opieka Oskara i jego rodzinki. Mieliśmy fuksa, ze trafiliśmy na nich, mieliśmy
podwójnego fuksa, ze trafiliśmy na weekend. W niedzielę Oskar zabrał nas do miejsca
o nazwie Tobogan, gdzie rok wcześniej flagę zabił Sir Seb, młodzieniec o złotych
włosach. Sama miejscówka, trzeba przyznać nie dorastała do pięt rzece nad
którą dzień wcześniej badaliśmy żaby. (Trzeba uczciwie dodać, ze w ciągu całego
dnia zobaczyliśmy jedna małą żabkę w kratce kanalizacyjnej przy uniwersytecie).
Wracając do Toboganu - cóż w istocie śliczne miejsce, jednak pełni ono role raczej
takiego Zalesia Górnego, czyli weekendowej odskoczni. Mnóstwo ludzi z Puerto zwala
się tam, by się popluskać w spadającej ze skały wodzie. Największą korzyścią płynącą
z tego wyjazdu były 3 łuki i 6 strzał kupionych w oddalonej o 5 km od Toboganu
wiosce Indian. Mistrz Seb także się tam zaopatrywał. Idąc za jego przykładem zbiliśmy
cenę do 15 000 Bs za łuk. Następnego dnia dokupiłem jeszcze czwarty na bazarze,
także obecnie podróżujemy z 180 centymetrowa tuba grubości.. no nie będę porównywał...
Przy okazji wyjazdu miałem szansę poobserwować
relacje panujące w rodzince Oskara. Mówiłem o tym, ze podział na role kobiet i
mężczyzn są tu widocznie wyraźne. To fakt. Należy dodać jednak, ze sama struktura
rodziny wydaje się tu być silniejsza niż zazwyczaj u nas. Więzi są tu bardziej
widoczne. Ludzie bez przerwy tulą swoje dzieci, żony, mężów, być może mężowie
mężów także.. dużo ludzi całuje się często na ulicach. W Wenezueli widać ewidentnie
wyż demograficzny, społeczeństwo jest młode. Jeszcze nie jechaliśmy autobusem
bez matki z dziećmi, czy kobiety w ciąży.. najczęściej występuje po kilka sztuk
tego i tego... Nie wiem, czy to ciepły klimat ich tak zbliża, bo z pewnością warunki
socjalne i finansowe mają o wiele gorsze od nas. Żyją w chatach z czystego betonu,
z podwieszanymi pod sufitem żarówkami. Może właśnie te warunki wypychają ich wieczorami
na ulice przed swoje domy, których drzwi zawsze pozostają otwarte. Ludziska wystawiają
swoje stare stoliki, popękane krzesła i gadają do późna w nocy. Przechodząc koło
nich częściej usłyszycie skoczne dźwięki salsy, czy zgrzyt starego rocka niż np.
Kylie, czy Madonnę. Jeżeli cos błyska nieregularnym światłem w środku, to prędzej
będzie to święczka niż telewizor. Nie chce popłynąć jak Antoine de Saint-Exupery
i twierdzić, ze wszyscy są szczęśliwi i kochający, a z każdego domu płynie dobro
i ciepło, ale właśnie takie być może powierzchowne wrażenie można odnieść chodząc
po ulicach tutejszych miasteczek. Nie spotkaliśmy się tu jeszcze z przejawem jakiejkolwiek
agresji, wszyscy którzy nas zaczepiali byli sympatyczni i po prostu ciekawi skąd
jesteśmy. Krzysztof Dydynski ostrzegał nas, ze łatwo tu się zżyć z miejscowymi
i tak tez się stało. Polubiliśmy bardzo Oskara, o twarzy przypominającej kreacje
Williama Defoe w "Dzikości Serca". Na przekor temu to jego kumpla nazywaliśmy
Bobby, lub Big Gay, ewentualnie Big Madafaka. (Facet, jak już mówiłem 140 kg żywej
wagi.) Cala ta paka zrobiła na nas świetne wrażenie, pokazali nam miejsca do których
nie trafilibyśmy bądź nie zostalibyśmy wpuszczeni
bez nich.
Ponieważ Swat właśnie stracił swojego maila (nie skopiował do
schowka przed wysłaniem), mam jeszcze chwilę i popiszę Wam o żarciu tutaj. Generalnie
z jedzeniem jest jak z loterią. Kioski z żarciem i agencje przeróżnych totolotków
i fortun jako jedyne są czynne praktycznie non stop. Grać nie musimy, ale żreć
trzeba. Za każdym razem gdy w knajpie zjawia się kelner z tacą, odczuwam niepokój
i lekki skurcz pośladków. Nigdy niczego nie wygrałem na loterii, a tu .. proszę!
W knajpach wygrałem dwie sraki! Sam smak potrawy tez jest niewiadomą. Najgorzej
było na początku, kiedy jeszcze za Chiny nie mieliśmy pojęcia co zamawiamy. Leciały
więc kraby, mauże, głowy ryb, paskudny i śmierdzący ser zmieszany z batatami,
fasolą, ryżem i ścierwem wyrwanym wprost z trzewi szczurów.. Momentem przełomowym
był pomyśl, żeby sprawdzić w słowniku "jak jest w końcu ten pier.. kurczak".
Od tej chwili kroczymy z "pojo" na ustach i w ustach. Ale i tak nie
ma lekko. Często mieszają te kurczęta z bóg wie czym i pchają do tłustych placków
smażonych w głębokim oleju jak paczki. W efekcie moim głównym daniem jest ostatnio
nifuroksazyd i węgiel. Pomagam też sobie niezastąpionym C2H5OH
w ilościach dużych. Dobre żarcie jedliśmy zaledwie kilka razy, tak mało ze mogę
wszystkie dania wyliczyć. Były to: - Zajebista ryba w Adicorze - potwor z
piekła rodem - Ryz z fasola i kurczakiem na Raftingu (na deser wpadła małą
pirania) - Ostatnio tosty po włosku - można wliczyć wreszcie w to i hamburgery,
ale tylko w niektórych budach. Zdarzyło nam się wciągnąć takie wielkości 3 big
mackow z szynka, jajkiem, niezliczona ilością warzyw.. W konsekwencji tego
wszystkiego jemy mało - jeden mały posiłek dziennie. Ratujemy się bananami. Może
wyjdzie nam to na zdrowie... Dobra.. Swat już sporządził kopie maila. Kończę więc
i ja. Pieces of kisses.  Bart.
Wtorek, Listopad 11, 2003 Playa
Jesteśmy z powrotem nad
morzem. Siedzimy w uroczym miasteczku Santa Fe przyklejonym do niewielkiej plaży
na skraju parku narodowego Mochima. Instynkt przetrwania pchnął nas do domku położonego
15 metrów od morza i 40 metrów od sklepu monopolowego. Mamy lodówkę, więc nocami
przesiadujemy długie godziny w arcycieplej wodzie popijając whisky z lodem i colą,
natomiast w ciągu dnia smażymy na słońu dupska - ostatnie białe bastiony na naszych
ciałach. Dzisiaj wynajęliśmy zwinną motorówkę i udaliśmy się na całodniową przejażdżkę
między niezliczona ilością wysepek parku narodowego. Wiecie, nie mam już siły
ani umiejętności by opisać wam piękno tego co widziałem. Kolor wody, jej przejżystość,
rafy koralowe, tysiące zatoczek, piaszczystych i kamienistych plaż, wysokie brzegi
z wyżłobionymi grotami... To wszystko pozbawiło mnie oddechu na długie godziny.
Szczęście, ze mieliśmy ze sobą 30 browarów. Do jednej z takich grot postanowiliśmy
wpłynąć ze Swatem wpław. Była to chwila grozy; Swata o mało nie cisnęło na ostrą
skałę, ja rozciąłem lekko nogę o rafę koralowa.
W drodze powrotnej przegrzał
się silnik i przez jakiś czas wiosłowaliśmy bez nadziei dechami.. Generalnie powolutku
stopujemy, przygotowujemy się na czarny piątek... Opisze Wam jeszcze w następnym
mailu Canaimę. I to już chyba będzie wszystko.. Strzałka.  Bartek.
Wtorek, Listopad 11, 2003 Jungle
Boogie Jeżeli ktoś z
Was, moi drodzy oczekuje opowieści o wysmarowanych błotem bohaterach ganiających
z maczetami po dżungli, walczących z tygrysami i polujących by przeżyć, to niech
lepiej od razu wróci na stronę www.xlaski.pl lub po prostu sformatuje dysk. Musze
na wstępie przyznać, ze my wykupiliśmy po prostu wycieczkę. (To był jedyny sposób,
by dostać się pod wodospad Salto Angel.) Wycieczkę tak bezpieczną, jak pasjonujące
skądinąd zwiedzanie Wilanowa. Żarcie mieliśmy codziennie podawane na 'porcelanowych'
talerzykach, buzie nam wycierali po posiłkach, a nocami jaguary chodziły na pazurkach
wokoło naszego obozu, by czasem nas nie obudzić. Na naszych niespełnionych ambicjach
twardzieli jednak mankamenty się kończą. Wszystko, co napisze poniżej będzie jedną
wielką odą pod tytułem "Kurewskie Piękno". Pisałem Wam, ze w założeniach
mieliśmy pojechać jeepem 100 km na południe, a potem przesiąść się w samolot.
Plany ulęgły zmianie. Kierowca jeepa palił skręta i bolała go głowa. Wysłali nas
więc od razu małą awionetka do Canaimy - prześlicznej osady, do której można dostać
się tylko samolotem. Sam lot jak łatwo się domyśleć był już absolutnym hitem.
Szczególnie z powrotem, kiedy wpadaliśmy w dziury rozrzedzonego powietrza. Widoki
- (może już zostawmy na boku przymiotniki), po prostu będę wyliczał: bezdroża
sawanny, dżungla, wreszcie pierwsze tepui, rozlewiska rzek, niekończące
się siatki wysepek, jezior, aż w końcu Canaima - osada nad brzegiem wielkiego
rozlewiska do którego wpadają z hukiem gigantyczne wodospady. Widziałem już wiele
w tym kraju, ale gdy po raz pierwszy to zobaczyłem z powietrza mój tyłek zacisnął
się w zachwycie. Na lotnisko wyszedł po nas przewodnik Pablo. Absolutny mistrz
i luzak. Pracował dla National Geographic, BBC, znal tego pedałka blondyna z Travell&Adventure.
Najlepiej przedstawię go Wam jego własnymi słowami: -I'm an alcoholic, man.
I spent two years in fucking jungle. Niestety tylko na 50% jego wypowiedzi
mogliśmy odpowiedzieć "My też" Ta zbieżność naszych zainteresowań zaowocowała
ciekawa współpracą.
Oprócz nas udział w wyprawie wzięło kilku Amerykańców,
Wenezuelki, jacyś kolesie i pewien pechowiec ze swoja świeżo upieczona żoną. Dali
nam w wiosce papu i w drogę.
Teraz nadszedł
czas, by porozmawiać o odległościach. Samolotem pokonaliśmy około 200 km. Łodzią
mieliśmy do zrobienia około 100. I wszystko w głąb fucking dżungli. Ruszyliśmy
łodzią wzdłuż gigantycznych wodospadów wpadających do jeziora. Dalej wysiadka.
Palbo zaprowadził nas droga wyżłobioną w skale za wodospadem. Jeżeli teraz wyobrażacie
sobie stróżkę wody sunącą leniwie po kamieniach to jesteście w błędzie. Dwa metry
od nas przelewały się tysiące hektolitrów wody na sekundę. Ryk był taki, ze nawet
nie usłyszałbym swojego bąka. To był chyba najbardziej ekscytujący moment wyprawy.
Ruszyliśmy znowu łodzią w gorę rzeki. 
Środa,
12 Listopad 2003 Ups..
they did it again Znowu
nas obrobili! Tym razem wyszli na nas z maczetami. Wzięli trochę szmalcu moja
cyfrę i aparat Moma. Zaczynam się już przyzwyczajać :-) W porównaniu do napadu
w Kaukazie ten był pikusiem. Naszło nas pięciu gówniarzy maksymalnie po 17 lat
każdy. Mogliśmy się nawet stawiać, ale ja mam zasadę ze oddaje wszystko gdy mam
metal pod szyją. Stało się to, gdy zeszliśmy z szosy, przekroczyli rzekę i zaczęli
się wspinać na górę. Momo wcześniej pytał się ich o drogę, więc gnoje poszły za
nami. Tym razem lenistwo Swata się opłaciło. Chłopak zaczął wracać, gdy tylko
kąt nachylenia ścieżki przekroczył 20 stopni. Dobrze się stało, bo miał cały nasz
wspólny szmal. Po napadzie zbiegliśmy pędem na dół. Wpadliśmy do małego sklepiku
gdzie 20 minut wcześniej robiliśmy sztukę. Ja drę się "tragedia, bandita,
maczeta", goście w 5 sekund zatrzymali brykę, kolesie wzięli nas na posterunek.
Po około 40 minutach byliśmy z powrotem na miejscu, tym razem jadąc policyjnym
land Cruserem w towarzystwie 2 motorów krosowych. Wzięliśmy tez zajebistego kolesia,
Tommego który był naszym tłumaczem. Jak się później okazało koleś jest kumplem
Pablo z Canaimy. Wiedziałem, ze obrobiły nas miejscowe fiutki, więc zasugerowałem
glinom, by od razu popytali wieśniaków. Po 10 minutach wiedzieli już gdzie szczyle
mieszkają. Matka jednego wybiegła z płaczem, ze jej dzieciak to dobry chłopiec,
tylko wpadł w źle towarzystwo.. Teraz czekamy do pierwszej, podobno gliniarze
maja już nasz sprzęt. Tommy mówił, ze może on się spodobać także policjantom,
więc uwierzę w odzysk jak zobaczę. Uff myślałem, ze to już koniec emocji, a tu
proszę .. taka niespodzianka.. Zaraz lecimy nurkować z Tommym (chłopak jest instruktorem
nurkowym), może rafa nas trochę wyluzuje. O Canaimie i Salto Angel dokończę dziś
więczorem, a jak nie to na imprezce powitalnej. Do zobaczenia dzieciaki!  Bartek.
Środa, 12 Listopad 2003 Jungle
Boogie CD Jeszcze mi
się zajebisty filecik nie ułożył w brzuchu, więc ponurkuje trochę później, a teraz
Wam jeszcze popiszę trochę o tej całej Canaimie. Jak mówiłem przyroda tam jest
po stokroć silniejsza niż u nas. Las jest gęstszy, owady są duuuzo większe, jest
o wiele więcej gatunków roślin. Symbiozę i walkę widać na każdym kroku. Generalnie
w całej Wenezueli jest tak, ze świerszcze cykają tak głośno, ze często słychać
je w knajpie pomimo głośnej muzyki. I jeszcze jedna ciekawostka: w dżungli nie
ma komarów! Mówię oczywiście o miejscu gdzie byliśmy. Jest to spowodowane ponoć
czystością tamtejszych wód. Te małe skurwiele potrzebują lekkiego syfu by się
rozmnażać. Zostając przy temacie woda- czegoś takiego nigdy wcześniej nie widziałem.
Setki rzek odnóg, rozlewisk, wodospadów. Płynęliśmy w gore rwącej rzeki niecałe
2 dni, więc miałem okazję się napatrzeć. Doznania skrajnie inne niż podczas Raftingu.
W końcu wyskoczyliśmy z łajby i przez półtorej godziny wspinaliśmy się przez dżunglę
do podnóża tepui, z którego wypływa Salto Angel. W końcu zobaczyliśmy go!
Kawał niezłego skurwiela. Poziom wody był średni, więc nie widzieliśmy wodospadu
w pełnej okazałości. Dydynski mówił, ze może czasami być tak, ze prawie nic nie
leci, więc i tak mieliśmy sporo szczęścia. Pogapiliśmy się, postrzelaliśmy foty
(tzw. "kodak time", jak mawiają przewodnicy), Swat poprężył opalona
klatę, ja powyciskałem sobie syfy.. Na koniec wykąpaliśmy się jeszcze w pobliskim
wodospadzie. Szkoda, ze nie miałem szamponu Fa - mógłbym pieprznąć fotę reklamowa.
Było bombowo. Dobra, lecę nurkować. Jeszcze może popiszę coś na koniec.  Bartek.
Środa, 12 Listopad 2003 Finito
Aparat odzyskałem! Gliniarze
zażyczyli sobie w zamian 2 litry koli. Ponadto jesteśmy pewni, ze zgarnęli nasz
odzyskany szmal. Było tego ok 35 euro, więc niewiele. Matki tych sukinsynów spędziły
dziś cały dzień na komisariacie i powiedziały nam, ze gnoje zwróciły wszystko.
Olać to. Grunt, ze mamy aparaty i zdjęcia. Musieliśmy jeszcze podpisać, ze nie
będziemy dalej rościć sobie żadnych praw, ani występować przeciwko tym bandytom.
Gdybyśmy chcieli złożyć na nich skargę, spędziliby niezależnie od młodego wieku
5-10 lat w pierdlu z opasłymi murzynami. W tym wypadku otrzymalibyśmy aparaty
droga legalna za 2-3 miesiące. Może to byłoby i dobrze, bo miąłbym pretekst by
tu przyjechać ponownie.
A teraz kilka zdań na koniec. Bracia, Towarzysze..
To był na prawdę jeden z najcudownieszych wyjazdów zarówno dla mnie jak i dla
reszty ekipy. Wenezuela kładzie na łopatki wszystkie kraje w których dotychczas
byłem zarówno pod względem atmosfery jak i zróżnicowania czy piękna krajobrazu.
Jeśli ktoś zapyta się mnie, czy kiedykolwiek byłem szczęśliwy to mam kolejny powód
by odpowiedzieć "tak". To był najlepiej wydany szmal w moim życiu. Z
całego wyjazdu najlepiej oceniamy rafting pod względem emocji, a Canaime pod względem
krajobrazu. Ale reszta tez była w dechę. Wiemy, ze to dopiero początek naszej
przygody z Ameryka Południową. A więc do zobaczyska! Szykujcie gardziele na nasz
powrót. Przywieziemy tyle, ile zmieści się do naszych plecaków... Człowiek
musi sobie czasami polatać...  -Bartolomeo.
Piątek, Listopad 14 Chyba
nas tu polubili.. Jest
2 w nocy, siedzę w pięciogwiazdkowym hotelu gdzieś nieopodal Caracas. Właśnie
trawie kurczaka w grzybach zjedzonego w kafejce nad brzegiem basenu... Kto stawia?
Oczywiście British Airways. Postanowili przedłużyć nam wakacje o 24 godziny. Żeby
wzmocnić efekt niespodzianki, nie napisali nic na monitorach rozwieszonych na
lotnisku, tylko poczekali aż sami się zjawimy, czyli do 23. My na lotnisku kwitliśmy
od 20. Wcześniej walczyliśmy z gigantycznym korkiem w Caracas, bo padło metro...
Skurwysynskie Angole. Dobrze, ze ich chociaż obeżremy :-) Jutro czeka nas aktywny
dzień w hotelowym basenie i na kortach (zaraz po wyprawie do sklepu). Zatem do
soboty! Bartek. PS.  Teraz
idę spać. Po raz pierwszy trzeźwy na tym wyjeździe..
Środa,
19 Listopad 2003 Znowu
w dżungli W sobotę w
nocy wylądowaliśmy w samym sercu dżungli. Dżungli pełnej węży i szczurów. Dżungli
z której nie widać nieba, gdzie panuje wieczny półmrok. Nigdy wcześniej mgła nie
była tak gęsta, a powietrze tak wilgotne. Z każdą chwilą, która mija od mojego
powrotu coraz mniej wierzę w to, że kiedykolwiek byłem gdzie indziej. Z każdą
chwila też coraz bardziej wierzę w to, ze za rok znowu wyjadę. Trzymajcie
się, szczury... Wyścig trwa!  Szczur
Bartek.
|